Jerozolima Studio

Jerozolima Studio

X

Błąd!


Już zagłosowałeś na ten komentarz!

X

Błąd!


Już zagłosowałeś na ten artkuł!

X

Błąd!


Musisz być zalogowany by wykonać tą akcję!

Zaloguj lub zarejestruj się!

Najlepsze anonimowe historie II

34   0   0   1

2018-10-08

Tagi: #artykuł #życiowe #anonimowe #historyjki 

Dzisiaj kolejne anonimowe opowieści po przerwie redakcyjnej. Dzisiaj mniej więcej o: Przygodzie w trzeciej gimnazjum, depresji, związanie z byłym koleżanki (próba), przygoda w busie a resztę sobie doczytacie ;).

#1.

Do dziś żałuję (trochę) tego, co odstawiłem w czasach szkoły podstawowej. Trzecia gimnazjum, wiek głupi i bardzo ograniczony. Dużo trenowałem (zostało mi do dziś), ale dziewczyna z klasy w ramach zalotów postanowiła mi obrzydzić życie w szkole. Ciągle słyszałem tekst, że tym z siłowni nie staje, że im się jajka kurczą, że na pewno żadnej nie dogodzę. Z początku olewałem to, ale działało to jak płachta na byka. I coś pękło, postanowiłem się zemścić okrutnie. Monika jeździła rowerem do szkoły, wykorzystałem to przeciw niej. Rozmontowałem jej siodełko, można było odkręcić samo siodełko bez tej "rurki" i tak zrobiłem. Na tyle udało mi się je rozebrać, by nie odpadło od razu. Kamer nie było, rowery za szkołą, nikt nie miał prawa tego widzieć, ale ja też nie przewidziałem konsekwencji... Monika wyprowadziła rower i ruszyła, co się potem działo... To był koszmar, siodełko odpada, ona siada z impetem, rurka się "wbija", ona skręca pod samochód. Finał był nieciekawy, złamana noga i pęknięta pupa... Monika, jeśli to czytasz, wybacz...

#2.

Kiedy chorowałam na depresję, chciałam się zabić poprzez utonięcie. Wybrałam oczko wodne na środku pola, gdzie nikt nie chodzi, więc tym bardziej nikt nie pomyślałby, że to właśnie tam ze sobą skończyłam. Nie oceniajcie mnie, to było lata temu. Ostatecznie się nie zabiłam, a z depresji wyszłam. Został mi jednak po niej pewien ślad — przez moje plany, sny i wręcz marzenia nabyłam lęk przed wodą. Nie taką, co leci spod prysznica, a przed wodą stojącą, w której mogę zanurzyć głowę i się utopić. Więc tak, nawet kąpiel w wannie odpada, przynajmniej samotna, bo gdy narzeczony jest przy mnie, to mogę do wanny wejść. Chociaż nawet on nie wie, skąd to się wzięło. Nikomu nie powiedziałam, nawet lekarzowi wystarczyło powodzenie, że miałam depresję i nie dopytywał o szczegóły. Ten lęk był kłopotem przez całe liceum, ponieważ szkoła posiadała basen i WF na nim się odbywał. Przejdźmy zatem do właściwej historii tego wyznania. Miałam mieć zwolnienie lekarskie od lekarza rodzinnego, niestety ten wyjechał na urlop, a jakbym po to zwolnienie poszła do psychiatry, to musiałabym czekać jeszcze dłużej niż na jego powrót. Miałam upierdliwą nauczycielkę pływania, która stwierdziła, że jak nie ma zwolnienia, to mam pływać i koniec, szczególnie że najlepszym wyjściem na pokonanie lęku jest zmierzenie się z nim. Mówiła, żebym spróbowała chociaż przez miesiąc, gwarantowała, że mi się spodoba i będzie ode mnie wymagać mniej, tak jakbym była dzieckiem, które dopiero się z wodą oswaja. Rodzice stwierdzili, że to dobry pomysł, szczególnie że sami namawiali mnie, bym jednak pływała, a nie szła po zwolnienie. Na następne zajęcia kupili mi cały sprzęt, nic tylko wskakiwać do wody. Nauczycielka od początku miała mnie gdzieś, kompletnie się mną nie zajmowała, dała mi makaron i kazała pływać. Nauczyciel innej grupy, gdy widział, że stoję, trzęsę się i płaczę, rozmawiał ze mną i próbował mnie przekonać do zanurzania głowy, stopniowo od brody, ust, nosa i potem całość. Demonstrował mi jak unosić się na wodzie, wspomagał takim wielkim kijem. Ale nie mógł tego robić na każdych zajęciach, bo miał swoją grupę. Moja nauczycielka nigdy nic mi nie pokazała, ani tym bardziej nie wykazała wsparcia. Była natomiast świetna w krzyku i wyzywaniu mnie. Potrafiła tak mnie obrażać, że później w szatni dziewczyny mnie grupowo przytulały w ramach wsparcia. Darła się na cały basen, więc doskonale wiedziały, co mówiła. To wcale nie pomogło, a tylko zniechęciło mnie do zajęć. Bez problemu dostałam zwolnienie na cały rok, które kontynuowałam do końca liceum. Kiedy dałam pierwszy raz zwolnienie tej nauczycielce, powiedziała: "Szkoda, tak dobrze ci szło". Chociaż z jej wyzwisk podczas zajęć wynikało zupełnie co innego...

#3.

Pojawiła się tu dyskusja o tym, czy można się związać z byłym swojej koleżanki. Według mnie można, z wyjątkiem patologicznych sytuacji jak moja. Byłam podręcznikowym przykładem ofiary. Mój partner mnie bił, poniżał i żądał obsługiwania go. Pozwalał mi pracować tylko dorywczo, żeby mieć kontrolę nade mną i moim czasem. Wymagał ode mnie starannego, kobiecego wyglądu cały czas, a jednocześnie wściekał się, gdy jakiś facet choć na mnie spojrzał. Raz mnie nawet zgwałcił, po tym wszystkim tak mi wyprał mózg, że sama mu dawałam kiedy tylko chciał, bo taki był przecież obowiązek dobrej dziewczyny. Długo bym mogła o tym pisać. Rodzina i przyjaciele długo mnie próbowali z tego wyciągnąć, w końcu udało im się, wyprowadziłam się do rodziców, poszłam na terapię, złożyłam sprawę w sądzie. Wszyscy mnie wspierali, pomagali wracać do normalności, ale moja przyjaciółka zaczęła się dziwnie zachowywać. Sugerowała, że powinnam zapomnieć, że rozprawa nic nie da, że na pewno mi nie uwierzą. Potem próbowała mi wmówić, że może przesadzam i to moja psychika podsuwa mi tak brutalne obrazy, może staram się na siłę robić z siebie ofiarę. "Przypadkiem" zalała moją komórkę, na której były wiadomości z pogróżkami od byłego (prawnik miał kopię). Wkrótce wyszło na jaw, o co w tym wszystkim chodziło. Moja mama zobaczyła ją na mieście z moim byłym. Gdy zrobiła im awanturę, sama się przyznała, że są razem i się kochają. Po tym wszystkim już nie miała żadnych skrupułów. Wśród znajomych opowiadała, że wszystko sobie wymyśliłam, że nie mogło tak być, bo ją traktuje jak księżniczkę, że mnie rzucił, bo przyłapał mnie a zdradzie, a ja próbuję się mścić. Ci, którzy nie znali mojej sytuacji, odwrócili się ode mnie. Musiałam odejść z nowej pracy, bo pracowałam w tym samym miejscu co ona i nie byłam w stanie tego dźwignąć. Od kiedy byli razem? Zagadał do niej mniej więcej kilka dni po tym, jak podstał pismo z sądu. Czy prosił ją o pomoc? Oczywiście, że tak, przecież był niewinny i musiał się bronić przed zniszczeniem mu życia, a ona mu pomagała, bo to jej ukochany. Na rozprawie mówiła te same kłamstwa, jednak ja miałam dwie obdukcje (jedną z czasów gdy chciałam odejść, ale stchórzyłam), wiadomości z pogróżkami, nagranie gdy atakuje mnie i mojego ojca, gdy zabieraliśmy moje rzeczy od niego, świadków itp. Skazali go, miał trafić do więzienia. Oczywiście zaraz po rozprawie zerwał z moją byłą przyjaciółką, a ona się na mnie śmiertelnie obraziła. Ja po tym wszystkim byłam tak wykończona, że odpuściłam dalszą walkę. Wiecie co jest w tym najzabawniejsze? Że jakiś czas później zobaczyłam niemal identyczny wątek w Trudnych Sprawach (na pewno nie tylko ja tak mam, że jak w porę nie wyłączę, to wciągnie do końca).

#4.

Dziś rano w busie zamiast "Dzień dobry, mam miesięczny" powiedziałam "Dzień dobry, mam miesiączkę". Wszyscy słyszeli. Niestety nie wykazali się poczuciem humoru.

#5.

Chyba nie rozumiem ludzi. Całe życie byłam gruba. Nie przez chorobę czy leki, ale przez błędy żywieniowe moich rodziców, a później przez brak prawidłowych nawyków w moim dorosłym życiu. Kilka miesięcy temu podjęłam kolejną próbę by przesłać być pulpetem czy świnią, jak to często w wieku nastoletnim byłam nazywana. Prób miałam wiele i zazwyczaj nic z nich nie wychodziło, bo jak schudłam trochę, to zaraz odpuszczałam sobie. Jednak tym razem postanowiłam zrobić to z głową i wsparciem - poszłam do dietetyka. I tak oto zaczęłam zdrowo chudnąć. Reakcje ludzi z mojego otoczenia były pozytywne. Wszyscy zachwalali, że świetny pomysł, że lepiej zaczynam wyglądać i och i ach. Aż do teraz. Jestem w połowie drogi do idealnej wagi, schudłam 10 kg i się zaczęło. - Kiedy masz zamiar przestać chudnąć?! - Przesadzasz z tym odchudzaniem! - Po co płacisz dietetykowi? Przecież znasz zasady odżywiania. Możesz sama sobie dietę z neta ściągnąć. A pieniądze w coś innego zainwestować. - W anoreksję się wpędzisz! - Wyglądasz jak szkielet! (80 kg szkielet. Najlepszy komentarz :D) Nie potrafię tego pojąć. Najpierw ludziom nie pasowało, bo byłam gruba. Teraz nie pasuje, bo przestaje być gruba. Chyba ludziom się nie dogodzi. A ja nie zamierzam przestawiać dążyć do celu. Swoje komentarze i złote myśli niech sobie w buty schowają!

#6.

Dziś chciałam napisać, z czym w pracy spotyka się moja mama, bo tylko położna zna skalę tych problemów. Madek właściwie nie da się dopatrzeć, zwłaszcza że tuż po porodzie dużo kobiet madkuje, trzeba zacisnąć zęby i zrozumieć, a położne przyzwyczajone. Chcę opisać coś innego. To, że ktoś położy kartkę z wielkim "NIE SZCZEPIĆ" zdarza się minimum raz w tygodniu, specjalne ubranka z tym komunikatem też są popularne. Takich matek jest jednak o wiele więcej, wystarczy, że podczas rozmowy z lekarzem nie wyrazi zgody na szczepienia, położne się tym nie zajmują, więc nie wiedzą, ile mają dzieci antyszczepionkowców. A te kartki i ubranka są zupełnie niepotrzebne, służą jedynie manifestacji swoich poglądów. O wiele gorsze są jednak eko-wege-wariatki, nie jest ich tak sporo jak antyszczepionkowców, ale wciąż dużo. Niby da się być weganką i zaspokajać wszystkie potrzeby organizmu, ale one o tym nie wiedzą. Wszystkie są wychudzone i nawet ciężko krew pobrać. Jak im się chce znosić ekologiczne pieluchy i myć dziecku pupcie przegotowaną wodą, bo chusteczki to sama chemia, ich sprawa, problem jest gdzie indziej. Takie niedożywione matki prawie nie mają pokarmu. Dziecko ryczy, bo jest głodne, a one nie zgadzają się na podanie mu czegokolwiek, bo naturalne dla niemowlaka jest tylko picie mleka matki. Takie dzieci ciężej przechodzą żółtaczkę, ale żadnych leków też podać nie można, bo nienaturalne. Na badania też się często nie zgadzają i dzieci opuszczają szpital bez badania słuchu czy nawet badań na fenyloketonurię, która niewykryta odpowiednio wcześnie na pewno uszkodzi mózg. To badanie jest naprawdę podstawą. Te matki często są obrażone, że rodzą w szpitalu, że zła woda, że sama chemia, że szpitale są nienaturalne, że kobiety tyle lat rodziły bez szpitali i było dobrze. Tylko jakoś umknęły im statystyki, które mówią, że w tych cudownych, naturalnych czasach śmiertelność okołoporodowa wynosiła około 50%.

#7.

W mijającym właśnie sezonie turystycznym wynajmowałem mieszkanie dla turystów za pomocą popularnego serwisu noclegowego. Pośród wszystkich przyjezdnych zdarzali się różni ludzie: pozytywni, neutralni i negatywni. Wyznanie będzie o tych ostatnich, bo ich kreatywność w wymyślaniu różnych spraw mnie powaliła. I co ważne: w 3/4 negatywni byli zza granicy, a Polacy dawali radę (pomimo famy cebuli płynącej). 1. W ofercie było zaznaczone, że nie ma żadnych posiłków. Turyści z jednej rezerwacji następnego dnia po przyjeździe dzwonili, gdzie jest ich śniadanie. Na nic się zdały tłumaczenia, że dotyczy ich oferta i śniadań nie będzie - zadzwonili do operatora systemu rezerwacji z reklamacją, że wynajmujący nie wywiązuje się z umowy. Jakież musiało być ich zaskoczenie, gdy otrzymali informację, że w ofercie faktycznie NIGDY nie było żadnych posiłków, więc reklamacji nie przyjmą. Przy wyjeździe nie nawiązali w ogóle do tej sytuacji, wyjechali za to obrażeni. 2. Standardem było zbieranie po całym (!) mieszkaniu walających się śmieci, niezależnie ile trwał pobyt. Rekord śmieci: 4 worki 60l po 4 dniach rezerwacji. 3. Jedna rezerwacja do tego stopnia nie dbała o czystość, że nawet nie spuściła po sobie wody w toalecie... 4. Na wstępie każda rezerwacja miała w pakiecie kilka papierów toaletowych, worków na śmieci, wody, ciastek, itp. O ile Polacy jak nie zużyli, to zostawiali, ale zagraniczni nie mogli sobie odpuścić - brali wszystko jak leci... Do tego stopnia, że poginęły nawet noże do krojenia, sztućce, naczynia czy ręczniki. 5. Mieszkanie znajduje się na 10. piętrze. Jedynym pomieszczeniem, które nie miało rolety, była kuchnia. Turyści czuli się inwigilowani - stwierdzili, że sąsiad z budynku obok z 3. piętra spędza czas na obserwowaniu otoczenia i na pewno oni są głównym powodem jego obserwacji. 6. W kwestii rozliczenia zawsze działał jeden schemat: im ktoś mniej zapłacił (promocja, last minute, itp.), tym bardziej narzekał na to, jak dużo musiał zapłacić. 7. Niestety nie odebrałem telefonu... Oczywiście od razu napisałem SMS-a, że oddzwonię w wolnej chwili. Na nic się to zdało, bo pan dzwonił dalej i dalej... A później w trakcie rozmowy oczywiście nastąpiło wypominanie, że mogłem chociaż SMS-a napisać, że skontaktuję się później. ...można by było wymieniać jeszcze bardzo dużo, ale chyba to były jedne z bardziej sztandarowych przykładów. Oczywiście najbardziej hejtowali w ocenach noclegu ci, którzy nie doczytali oferty i spodziewali się czegoś innego, niż było w opisie... Tak więc oceny nie zawsze są miarodajne. Złota porada: jeśli będziecie wynajmować noclegi pamiętajcie, że zawsze po drugiej stronie też są normalni ludzie chętni do współpracy. Często kultura osobista i bycie miłym może komuś usprawnić życie... I również Wam się opłacić - sam czasem szedłem bardzo na rękę osobom kulturalnym.

#8.

Wszystkie memy o mężczyźnie cierpiącym na śmiertelną chorobę pod nazwą katar są niestety prawdziwe w określonych przypadkach. Do pewnego momentu mój katar wyglądał tak, że nos wyglądał jakby użądliła mnie w niego pszczoła, nie mogłem przez niego oddychać, był totalnie zatkany nawet całkowicie wydmuchany, mogłem oddychać tylko i wyłącznie przez usta. Z oczu ciągle leciały mi łzy. Wyobraźcie to sobie w połączeniu - nic nie widzę, pieką oczy i jeszcze oddychać nie mogę. A przeziębiony byłem jakieś 6 razy do roku. Historia jest trochę zawiła, kiedyś miałem połamany nos, krzywą przegrodę i niemożność oddychania przez jedną dziurkę w nosie odkąd pamiętam. W pewnym momencie zaczęło mi to przeszkadzać i poszedłem do laryngologa, coby nakierować się na zabieg prostowania przegrody. Rodzinna potwierdziła diagnozę internetowych speców, jako że nawet widać u mnie skrzywienie kinola. Laryngolog powiedziała, że to nie przegroda, bo jest w środku całkiem przejrzyście, natomiast mam mocno opuchniętą śluzówkę w nosie, uszach i gardle. W sumie to i zawsze miałem trochę słaby słuch. Kazała mi iść do alergologa. Cóż, wtedy się zaczęło. U alergologa miałem testy skórne, na przedramieniu. Ręka mi spuchła, a ja zacząłem się dusić. Testy powtórzono na plecach, w czterech seriach. Okazało się, że mam alergię na cały świat, jak to określiła pani doktor. Jedynie na psią sierść nie jestem uczulony. Moimi objawami alergii są opuchnięte błony śluzowe. Poszedłem na odczulanie, największy odczyn alergiczny miałem na trawy i roztocza kurzu domowego, więc i na te czynniki dostałem przykaz się odczulić. Minęły cztery lata, nie pamiętam kiedy ostatnio byłem chory, oddycham pełną piersią. Tak po prostu chciałem to napisać, taka akcja uświadamiająca. Jak z rakiem piersi ;)

Źródło tekstu: 1
Źródło obrazków: 1

0 1
Wszystkie komentarze

Zaloguj się lub zarejestruj aby móc komentować!

Brak komentarzy